Przełom maja i czerwca to wyjątkowy okres – w ciągu zaledwie kilku tygodni wypada Dzień Matki, Dzień Ojca i Dzień Dziecka. Trudno o lepszy moment żeby porozmawiać o tym jak wygląda wspinaczka gdy robi się ją całą rodziną. Poprosiliśmy więc Agatę Kajcę z bloga Mama w Skałach – osobę która od lat pokazuje, że skały i rodzicielstwo mogą iść w parze. Współpracujemy z Agatą od jakiegoś czasu i wiemy, że wspina się aktywnie, jeździ w skały z mężem Michałem i 6-letnim Jasiem, i że nigdy nie owijała w bawełnę gdy pisała o tym jak naprawdę wygląda łączenie pasji wspinaczkowej z rodzicielstwem. Zadaliśmy pytania z myślą o trzech świętach naraz – Dniu Matki, Dniu Dziecka i Dniu Ojca. Każde ma swoją część w tym wywiadzie.
Zanim zaczniemy – powiedz nam kim jesteś i skąd wziął się pomysł na Mama w Skałach?
Nazywam się Agata Kajca i od 2020 roku prowadzę bloga „Mama w Skałach". Jestem mamą 6-letniego Jasia, a wspinanie to moja pasja od ponad dekady. Wspólnie z rodzina mieszkamy w Jeleniej Górze i jesteśmy otoczeni skałami.
Pomysł na bloga pojawił się, kiedy urodziłam dziecko. Szukałam różnych materiałów na temat rodzinnego wspinania, ale znalazłam wtedy zaledwie kilka artykułów na ten temat, więc pomyślałam, że fajnie byłoby stworzyć własnego bloga. Sporo podróżowaliśmy, więc chciałam podzielić się tym z innymi. Wiedziałam też, że to doświadczenie nie może wychodzić tylko ode mnie – dlatego zaczęłam zapraszać do rozmów wspinaczkowych rodziców, którzy mają nie tylko jedno, ale np. dwójkę czy nawet trójkę dzieci. Posiadanie kilku pociech to już zupełnie inny level, tacy rodzice to terminatorzy.
Jestem też bardzo wdzięczna, że przez te kilka lat udało mi się zebrać dużo rejonów przyjaznych dzieciom – w dużej mierze dzięki wspinaczkowym rodzicom, którzy poświęcili swój czas i zechcieli napisać o swoich podróżach. Mama w Skałach nie istniałaby bez społeczności wspinaczkowych rodziców. Dziękuję!
Mandala Życia, Jastrzębia Turnia, Sokoliki, wspina się Agata Kajca. Fot. Piotr Krzaczkowsk
Czy masz jakiś sposób na wyłączenie trybu mamy gdy jesteś w połowie drogi a Janek czeka na dole?
Kiedy mój syn był niemowlakiem, to na każdy jego płacz od razu chciałam zjechać na dół. Teraz kiedy idę na drogę, wiem, że to jest mój czas i niestety, ale musicie sobie jakoś beze mnie poradzić. Wynika to głównie z tego, że mój syn jest starszy i mamy przepracowane tyle scenariuszy, że wiem, kiedy mogę sobie na to pozwolić.
Wyjazd wspinaczkowy z rodziną a wyjazd ze znajomymi – czym się różnią?
Czasem dla siebie i ciszą. Kiedy jesteś bez dziecka, nie masz go pod opieką. Zrzucasz z siebie obowiązek „mamowania". Na pewno jest się też mniej przebodźcowaną. Możesz w spokoju spakować sobie plecak i to nie jak na wojnę – bierzesz kilka rzeczy dla siebie.
Mam też takie wrażenie, że odkąd Jaś jest starszy i nie wymaga aż tyle opieki, to te wyjazdy nabrały innego wymiaru. Jesteśmy ekipą łojantów i Jaś przeżywa wszystko z nami – jest nie tylko dzieckiem, ale częścią teamu. Cenię też czas, kiedy jesteśmy we trójkę, ponieważ na co dzień wiadomo – każdy ma pracę, obowiązki, mało jest takiego wspólnego czasu.
Wracając do początków – czy trudno było wrócić do wspinaczki gdy Janek był niemowlęciem? Co było dla Ciebie najtrudniejsze?
Ja akurat jestem w tej niewielkiej grupie mam, które po urodzeniu czuły się od razu dobrze i płynnie weszłam w nową rolę. Miałam duże pokłady energii, męża który miał czas na wspin, więc zaczęliśmy sporo jeździć i forma szybko się zrobiła. Na pewno przeszkadzał mi w tamtym okresie brak snu spowodowany wstawaniem w nocy.
Początki wspinu z dzieckiem. Fot. Michał Kajca
Ale u mnie kryzysy – mniejsze i większe – zaczęły się pojawiać później, kiedy zaczęłam odczuwać przemęczenie i przebodźcowanie. Najtrudniejszym okresem było jak Jaś poszedł do przedszkola i przez pół roku ciągle byliśmy chorzy. Dziecięce zarazki potrafią wykończyć rodziców, więc forma nam wtedy spadła. Mimo wszystko, nawet kiedy miałam te dołki, nie rezygnowałam całkowicie ze wspinania – wspinałam się mniej, bardziej rekreacyjnie, bez projektowania, ładowałam się endorfinami i nie miałam oczekiwań.
Prowadząc stronę znam różne sytuacje – nawet takie, że po urodzeniu dziecka mama w ogóle nie wracała do wspinu. Albo przestała to robić, kiedy dziecko miało kilka lat, ponieważ przestało jej to sprawiać frajdę. Są mamy, które wolą jeździć w skały bez dzieci i takie, które jeżdżą tylko rodzinnie. To pokazuje, jak różnorodne są nasze życia i sytuacje, ale wspinanie łączy nas wszystkich.
Co poradziłabyś wspinaczkowym mamom – jak znaleźć czas tylko dla siebie w tym wszystkim?
Kiedy idę na drogę, wiem, że to jest mój czas. I myślę, że dla wielu wspinaczkowych mam właśnie wspinaczka pełni tę rolę – wystarczy jedna droga, na której nikt Cię nie woła. Ale żeby to działało, trzeba mieć przepracowane scenariusze z partnerem – kto pilnuje, kto asekuruje, kto reaguje. Kiedy to macie, możecie naprawdę być obecne na tej ścianie.
Kiedy Janek pierwszy raz stanął na prawdziwej skale – jak zareagował i co Ty wtedy czułaś?
Jaś od kiedy skończył 4 miesiące zaczął z nami jeździć w skały. Kiedy miał dwa latka można powiedzieć, że „się wspinał". Zrobiliśmy rodzinnie wielowyciąg o wycenie II na Kruczych Skałach w Karpaczu, w kolejne urodziny weszliśmy razem na Fajkę w Rudawach. Później tych razy było jeszcze kilka, ale mam wrażenie, że dopiero od zeszłego roku zaczął wiązać z tym jakieś emocje i że go to kręci. Zaczął też w końcu sięgać do chwytów i poczuł siłę bicka. Zawsze czuję dumę z mojego dziecka, zwłaszcza kiedy widzę jak przełamuje lęk wysokości albo odkrywa, że można we wspinaniu zrobić jakiś fajny ruch i chce nam to pokazać.
Janek. Fot. Michał Kajca
Był taki moment w skałach z Jankiem, który Cię zaskoczył albo wzruszył – coś czego się nie spodziewałaś?
Bardzo zaskakuje mnie jak bardzo Jaś zna slang wspinaczkowy i potrafi użyć go w odpowiednim momencie, często humorystycznie. Ostatnio byłam trochę wkurzona po zjechaniu z drogi, coś tam mi nie poszło. Zjechałam na dół taka niezadowolona, a Jaś mówi: mamo, co ty tak się przejmujesz, pierwszy raz się wspinasz? Zdarzało mu się pytać nas przekornie czy złapaliśmy się ekspresa na drodze albo stanęliśmy na spicie – mówi to w formie żartów oczywiście. Zna też nazwy rejonów, a czasami nawet dróg wspinaczkowych. W wieku trzech lat miał taką fazę, że pytał ciągle, kiedy idziemy na Abazego.
Jak wygląda u niego teraz chęć wspinaczki – to Wy go ciągniecie w skały, czy on już ciągnie Was?
Planujemy razem wspólne wypady. Przez jakiś czas chciałam, aby trochę odpoczął od tego tematu i staraliśmy się jeździć sami. W końcu Jaś sam zagadnął czy może jechać z nami, więc chęć jest. Ale bywa różnie – na przykład w zeszłe wakacje mówił, że mu się to nie podoba, po głębszej analizie okazało się, że nie sam wyjazd mu się nie podoba, tylko brak towarzystwa w jego wieku. Myślę, że dla niego wspinanie jest dodatkiem na wyjściach w skały, a nie celem. Bardziej podoba mu się wizja przygody, kiedy jedziemy gdzieś na dłuższy czas. Lubi też być w przyrodzie, ma sporą wiedzę na temat owadów spod skały i roślin. Od jakiegoś czasu pyta mnie, kiedy go zabiorę na boulderownię, więc można powiedzieć, że to on mnie czasami wyciąga na trening.
Wspinaczka to Wasza wspólna pasja od początku, czy jedno zaraziło drugie?
Poznaliśmy się dzięki wspinaczce i tak zostało. Myślę, że Michał miał i ma bardzo duży wpływ na moje wspinanie – jest moim głównym partnerem wspinaczkowym. Kiedy go poznałam, wspinałam się ponad rok i byłam początkująca. Michał wprowadził mnie do świata wspinaczki i przez lata poznał już moje mocne i słabe strony. Sporo wspinam fleshem, więc doradza mi, która droga nie jest chamsko parametryczna, ponieważ wie, że miewam problemy z zasięgiem – mam 154 cm wzrostu. Nie wiem, ile razy wiązaliśmy się już liną przez 9 lat naszego związku, ale myślę, że całkiem sporo.
Filar Cimy. Fot. Michał Kajca
Michał jest instruktorem wspinaczki PZA – czy przy Janku potrafi wyłączyć ten tryb i po prostu wspinać się razem dla zabawy, czy jednak ciągnie go do poprawnej techniki?
Instruktor ma tak, że nawet jak jest w skałach dla siebie to nie potrafi do końca wyjść z roli nauczyciela. Podpowiada, jak się ustawić i gdzie jest chwyt, nawet jak robi się coś łatwego. Często się zdarza, że czuję się jak kursantka, ale dzięki temu wiem, że jesteśmy w skałach bezpieczni. Nasz synek Jaś póki co chce robić wszystko po swojemu, ale zdarza się, że w jakimś trudniejszym momencie woła zawsze tatę. O dziwo nigdy nie mnie – chyba jestem po prostu od innych spraw.
Jak bardzo narodziny Janka wywróciły Wasze wspinanie jako pary i jak długo trwało zanim poczułaś że znów macie to pod kontrolą?
U nas poszło w miarę płynnie. Po prostu nastawiliśmy się, że zaczynamy nowy etap i jakoś to się ułoży. W ciąży się nie wspinałam, ale jeździłam czasami towarzysko na wyjazdy z Michałem. Po porodzie zajęłam się opieką nad noworodkiem, więc nie myślałam aż tak dużo o wspinaniu. Jak Jaś troszeczkę podrósł i miał około 4 miesiące, pojechaliśmy razem do Karpacza na Krucze Skały i zaczęliśmy to robić bardziej regularnie. Mi się wydaje, że ja zawsze traktowałam wspinanie pasjonacko – przed zajściem w ciążę nie miałam niedokończonych projektów, na które się bardzo spieszyłam.
Dostosowanie się trochę oczywiście trwało, bo dziecko szybko rośnie i ciągle coś się zmieniało w naszych wyjściach wspinaczkowych. Mam wrażenie, że więcej rozterek miałam zawsze ja. Michał wszystko przyjmował gładko i myślę, że ta równowaga była ważna.
Jak wyglądał typowy wyjazd wspinaczkowy gdy Janek był niemowlakiem, a jak wygląda teraz? Co się zmieniło na plus, a co okazało się zaskoczeniem?
Na pewno wyjazdy z niemowlakiem wiążą się z zabieraniem większej ilości gadżetów. Oczywiście są rodzice, którzy biorą tylko kocyk i kilka zabawek – i to wystarczy. Jednak my często wspinaliśmy się bez kogoś do pomocy, więc zabieraliśmy rzeczy, które miały stworzyć bezpieczny kącik: kojec turystyczny, namiocik do spania, wózek, nosidło.
Kiedy Jaś miał około 2,5 roku, pojechaliśmy z nim sami do Chorwacji i byliśmy zaskoczeni, że daliśmy radę. Wspinaliśmy się w 12 rejonach przez 5 tygodni. Odwiedziliśmy Istrię i Dalmację. Michał przewspinał łącznie 108 dróg, ja 66, a Janek 3 razy TR. Teraz jeździmy z nim już prawie wszędzie. Wiele rejonów, które wcześniej nie były dostępne z uwagi na dłuższe podejście warunki pod skalą, teraz są ok – chociaż wciąż trzeba pamiętać, że ciągle jest mały i bywa nieostrożny.
W jednym z postów pisałaś, że Janek jako czterolatek sięgał po magnezję jako rytuał przed wspinaniem, bo nauczył się tego od Was. Jak to wygląda teraz – ma już swój woreczek, swój rytuał, swoje przyzwyczajenia?
Najważniejszym rytuałem, kiedy tylko dojdziemy pod skałę, jest zakładanie kasku. Jaś miał okazję kilka razy się wywrócić, więc wie po co kask ma być na głowie.
Huśtawka w Ambolo. Fot. Michał Kajca
Oczywiście jak każdy łojant ma swój worek, buty i uprząż. Kiedy ma się wspinać, często chce mieć coś przyczepionego do uprzęży, np. pluszowego pieska. Lubi bardzo wspinać się po dziurkach i chwalić się, że wkłada tam więcej palców niż my. No i musowo musi być z tego wspinu huśtawka. Pamiętam jak kiedyś zrobiliśmy mu taką huśtawkę na Mandarynkach w Gandii – pod nogami miał dużo powietrza, a ja myślałam że dostanę zawału. Kilka dni później byliśmy tam znowu i zażyczył sobie, żeby tato zawiesił mu wędkę na drodze obok. Droga okazała się dosyć bulderowa w mocnym przewieszeniu i Michał chciał odpuścić, na co Janek stanowczo powiedział: „tato, masz tam wejść i zawiesić mi wędkę, obiecałeś!" Więc nie miał wyboru.
Masz za sobą mnóstwo rejonów z Jankiem – Jura, Labak, Costa Blanca. Gdybyś miała wskazać jedno miejsce w Polsce i jedno za granicą jako idealne na pierwszy rodzinny wyjazd wspinaczkowy, co by to było i dlaczego?
To zależy, czy wspinacie się sami z dzieckiem czy z kimś do pomocy i w jakim wieku są dzieci. Na pierwszy wyjazd najlepiej sprawdzą się miejsca blisko od parkingu, z dużą ilością terenu pod skałą i niezbyt tłoczne. Jeśli chodzi o Polskę, to nie będę oryginalna – myślę, że Jura jest bardzo przyjazna dzieciom. Przeglądając przewodnik można znaleźć bardziej kameralne skałki niż Rzędkowice. Na zachodzie Polski też mamy takie rejony – blisko auta i z wygodnym terenem, gdzie da się dojechać z wózkiem: Płakowice, Jerzmanice-Zdrój czy Śmietniczek. Dolina Janówki też jest super przyjaznym miejscem dla rodzin, zwłaszcza Malinowa i Piec.
Jeśli chodzi o zagranicę – Costa Blanca, połączenie morza i skał zawsze jest na plus. Są sektory dostępne z wózkiem oraz takie, w które można wybrać się z kilkulatkiem. A jeśli konkretne skały, to bardzo lubię Sellę, szczególnie sektor La Moleta – sporo wygodnego miejsca, dojście które zajmuje minutę i duży wybór świetnych dróg.
Jaś się wspina z pieskiem. Fot. Michał Kajca
Na koniec – co powiedziałabyś wspinaczkowej mamie, która właśnie wróciła ze szpitala z noworodkiem i myśli sobie "kiedy ja znowu wrócę na wspin"?
Że powrót do wspinania to nie jest wyścig. Na pewno najpierw trzeba odnaleźć się emocjonalnie i fizycznie w nowej roli, dojść do siebie po byciu w ciąży i porodzie. Nie wymagać od siebie za dużo, zwłaszcza na początku. Odpoczywać i wracać do pełni sił. Skały czy panel nie uciekną – prędzej czy później i tak w nie wrócisz.
